Fotorelacja z koncertu Zoli Jesus w warszawskiej Hydrozagadce, 4 kwietnia 2012 r.zobacz zdjęcia











Ściana gitar, punk, psychodelia, improwizacja, brak ograniczeń. To łączy The Freuders i Rachael. Po raz pierwszy wystąpią razem 29 marca w warszawskiej Eufemii. Pikanterii wydarzeniu doda debiut sceniczny post-hardcorowego trio Catalog of Disasters. Na fejsie będziemy rozdawać bilety.
czytaj więcej
Rachael
Rachael to trio, które zamiast się promować i robić cyrk na Facebooku po prostu gra rock’n’rolla. Punkowe podejście, darmowe piosenki, rzadkie improwizowane występy oraz koncerty z ich ulubionymi wykonawcami z kraju i zagranicy. Może nagrają płytę, może pojadą w trasę, może zaczną grać country, może założą sektę. Sami nie wiedzą, zbyt często zmieniają im się humory i upodobania.
The Freuders
The Freuders to minimalistyczny kolektyw muzyczny stawiający na solidność sekcji rytmicznej, zalany gitarowym sosem, doprawiony szczyptą charyzmatycznych wokali. Delikatny zapaszek cmentarza, albo emanacja czarnej dziury. Chłodno i bez przebaczenia. Początki zespołu sięgają września roku 2008 i koncertu George’a Clintona w Warszawie. Biorąc pod uwagę obecną formę muzyczną The Freuders, aż strach pomyśleć, że zespół zaczynał od funku (a są tacy co i to pamiętają!). Po 3 latach współpracy zespół zdecydował się zarejestrować materiał składający się na ich debiutancką EP-kę “Hikikomori”. W grudniu ubiegłego roku zagrali na 7. Urodzinach Radia Aktywnego, najstarszej studenckiej rozgłośni w Warszawie, a w lutym wystąpili na deskach stołecznego Hard Rock Cafe w ramach konkursu Hard Rock Rising.
Never Talk To Strangers
Catalog of Disasters
Jeśli lubisz szperać po dziwnych blogspotach z oldschoolowymi emo/post-hardcorowymi wykopaliskami, których słucha mniej osób niż przyjdzie na ten gig, być może nasz koncert będzie w porządku.
Start: 20.30
Wjazd: 10 zł
Fotorelacja z koncertu brytyjskiej formacji Turbowolf w warszawskiej Hydrozagadce, 8 marca 2012 r.










Cztery długie lata kazali nam wyglądać za drugą płytą koledzy z Chairlift. W międzyczasie Apple zauważył walory reklamowo-ilustracyjne piosenek z debiutu i wykorzystał je do celów własnych. My też doceniliśmy jedną w podsumowaniu dekady 00s, a wypuszczona samopas pół roku temu singlowa perełka dotarła do 4. miejsca podsumowania rocznego naszej listy. Na następcę Does You Inspire You czekaliśmy z językami na wierzchu.
czytaj więcej
Chairlift nie próżnowali na kalifornijskich plażach wylegując się z gibonami w ustach. Prawda dotycząca przedłużającego się hiatusa jest z jednej strony smutna, z drugiej prozaiczna. Aaron Pfenning, współzałożyciel i były już – na szczęście – chłopak Caroline Polachek opuścił zespół, a następnie procesował się celem przygarnięcia nazwy. Skończyło się fajnie, ten chujek Pfenning gra sobie dalej jako Rewards, a Caroline najpierw zaliczyła cudowne cameo u ziomów z Holy Ghost! (pamiętne sia la la z epkowego I Know I Hear, utworu nie zamieszczonego następnie na debiutanckim krążku podopiecznych DFA :<), potem wspomagała kolesia znanego jako Washed Out, by w końcu udostępnić mi i Państwu rzeczonego sofomora.
Na placu boju pozostała Caroline oraz Patrick Wimberly: człowiek, który tym samym awansował niemal do miana szefa projektu. Jednocześnie Chairlift z obskurnego wyciągu krzesełkowego na Szrenicę zmienili się w gondole z pięknym, panoramicznym widokiem na pofałdowane tereny różnych partii gór. Fałdy były mniejsze lub większe, ale droga od koledżu w Colorado do wydawania w labelu Columbia (czy też od nagrywania muzyki dla nawiedzonych domów do sophisti-retro-elektropopu na najwyższym poziomie) jest warta odnotowania. Co prawda gdzieś po drodze zabrakło czasu na fajną fotkę na okładkę, ale przynajmniej dźwięki dopieścili należycie.
Na debiucie Chairlift zachłysnęli się nurtem new age, zdrową żywnością i holistyczną metafizyką. Tym razem jest nieco inaczej, Caroline eksploruje sprawy osobiste i śpiewa w bardziej zaangażowany sposób. Z racji barwy głosu - i tej retro stylistyki - często pojawiają się porównania do gwiazd z przeszłości tj. Christine McVie, Debbie Harry czy Annie Lenox, ale fani Feist, Ladyhawke, Madonny czy Whitney Houston ['] też odnajdą wspólne płaszczyzny. Tworząc melodie, podkłady i aranżacje Wimberly eksploruje różnorodne połacie i przy odrobinie wyobraźni kompozycje można równomiernie rozmieścić na rozległym continuum, od euforycznych hymnów do pościelowych, pastelowo tkanych ballad. Tears For Fears też tak robili.
Z ballad trawię tylko te od PJ Harvey oraz Metallicy, więc może skupie się na szybszych kawałkach. Już na otwarciu jest niezwykle suto. Sidewalk Safari to nieregularne, świdrujące memento vitae. Ukryte pod trójką, przemyślane i słoneczne I Belong In Your Arms (poświęcone Johnowi Hughesowi) pozwala Caroline na wyciąganie wysokich nutek z łatwością łowienia płotek przez doświadczonego wędkarza. O Amanaemonesia będzie za chwilę, zaś w dalszych zakamarkach płyty czai się np. takie Guilty As Charged, gdzie dostajemy umizgi drapieżnego kociaczka, zmiękczającego swój wokal niemal do rejonów Niny Persson, błagającego o podniecającą (jak mniemam) przemoc. A ukarać tak naprawdę jest za co: natężenie ballad jest ponadprzeciętne. Jeżeli jeszcze Take It Out On Me z klawiszami żywcem wyjętymi z Kingsajzu (a mgiełką niepewności od Limahla) płynie bezbłędnie, to już kolejne w szeregu Cool As A Fire czy Turning zwyczajnie nużą i nie ma potrzeby się nad nimi zbytnio pastwić.
Rzadko ostatnio spotyka się płyty idealne (czy też idealnie trafiające w gust danego słuchacza). No ale przecież zawsze pozostają idealne piosenki, a jak wiadomo – robiąc wycieczkę do akademickiego pochodzenia Chairlift – każdy student składa się z ciała, duszy i indeksu, więc analogicznie każda piosenka składa się z melodii, rytmu i (czasami) teledysku. Amanaemonesia, choć u nas w podsumowaniu singlowym 2011 wylądowała tuż za podium, w kategorii „teledysk roku” dzierży palmę pierwszeństwa. Caroline Polachek w głównej, jedynej i z aplauzem przyjętej roli w tej jednoaktowej monodramie łączy najfajniejsze przejawy rur-urbanizacyjnych zabaw, czyli karaoke z baletem. Stary Stuhr swojego „Kontrabasistę” wystawiał tysiące razy; Chairlift zapewne tego rekordowego osiągnięcia nie pobiją, ale kilka razy w te kocie ruchy Caroline powpatrywać się warto. No i przy okazji można wsłuchać się w niesamowite, wielowątkowo rozparcelowane na przestrzeni równiutkich pięciu minut, dźwięki. Amanaemonesia 10/10, Something 6/10.
Problemem muzyki elektronicznej w ostatnich latach jest po prostu odpychająca nuda. To co np. w ambiencie ma stanowić ciekawy pejzaż i wciągać, najczęściej okazuje się nie bagnami Everglades, lecz zwykłą drogową kałużą.
Takie właśnie odczucia rodzą we mnie współcześni zagraniczni artyści, którzy podobnie jak Noiko, starają się stworzyć na tym poletku coś niepowtarzalnego. Na szczęście, „Honey” ma w sobie magię. No dobrze, ale dlaczego mowa o ambiencie, podczas gdy na stronie wytwórni projekt ten jest opisywany jako mieszanka elektroakustyki i lo-fi? Problemem jest trudność sklasyfikowania tego albumu, ale w tym właśnie należy doszukiwać jego potencjalnego sukcesu. Równie dobrym opisem mógłby być: minimalizm o korzeniach jazzowych z dodatkiem sampli, ale to tylko łatka. Nie mam też najmniejszego pojęcia czym autor inspirował się tworząc swoją muzykę, ale odnalazłem tu dla siebie pewną spuściznę wczesnego post-rocka. Ponadto cały czas przewijają się jakieś muzyczne wtrącenia. Czy to jazzowe, czy elektroniczne nadają całości charakteru, którego ekhmm (mogę zostać zlinczowany za to) zdecydowanie brakuje np. takiemu Bibio. Jeśli już miałbym postawić ten albumik obok jakiegokolwiek innego, to wybór padły na „Ravendeath 1972” Tima Heckera – ze względu na tę wrażliwość. Bardzo polecam, zwłaszcza, że całości można posłuchać pod tym adresem:
http://etalabel.bandcamp.com/album/honey
Ta ostatnia niedziela lutego 2012 w Śnie Pszczoły upłynęła pod znakiem niezmordowanego, energetycznego indie-rocka, post-punku i post-hardcore’u. Nieprzyzwoicie młodzi i utalentowani Contra Contra, znana już i uznana marka Setting The Woods On Fire oraz spokojniejszy z natury swej twórczości, subtelny Low-Cut. Z dzisiejszą niezależną polską muzyką doprawdy nie sposób się nudzić. Zwłaszcza jeśli mowa tu o graniu na żywo.
Z niewielkim poślizgiem jako pierwsza rozpoczęła „Contra”. Mówi się o nich, że to czołówka najbardziej obiecujących debiutantów jacy w ostatnim czasie pojawili się na scenie. Argumentem do takiego myślenia była oczywiście ich EP’ka „I’m Not The Man You Think I Am”, koncert zaś jeszcze mocniej udowodnił, że tak w istocie jest. Kwartet odegrał pięć znanych nam już piosenek jak również pięć zupełnie nowych. Jeśli o te pierwsze chodzi, z trudem byłoby nie dać się porwać takim numerom jak „Digital Techno”, „Hedgehog” czy „The Romance (Of Grandfather And Grandson)”. Chwytliwość w nich zawarta jest bowiem niepodważalna, a jeśli zespół ma smykałkę do rozkręcania na tej podstawie fajnej koncertowej imprezy to czego chcieć więcej? Nowe wypadły w porządku, ze wskazaniem na ten numer, w którym Kuba pokazał, że i wrzeszczeć trochę potrafi. Z kolei uzupełniająca go wokalnie Kasia pomimo lekkiej choroby zarażać mogła co najwyżej pozytywnymi wibracjami. Ogółem bardzo dali radę i aby zbytnio nie przesłodzić na tym poprzestanę.
Występ asów rodzimego post-hc zaczął się po krótkiej przerwie, która wystarczyła żeby kupić sobie piwo i butelkę opróżnić mniej więcej do połowy. Kiedy pewnego lata jako nastolatek pierwszy raz słuchałem „Back And To The Left” amerykańskiej, drastycznie słabo u nas znanej kapeli Texas Is The Reason nie sądziłem, że kilka lat później przyjdzie mi uczestniczyć w koncercie polskiego zespołu, którego wokalista będzie miał na sobie ich koszulkę. Taki miły akcent na początek, a co dalej? Standardowo wysoka jakość, którą nazwa Setting The Woods On Fire jak zwykle sygnuje. Hity z ostatniej EP’ki, „December Decay”, nakręcający „Quickstop” no i oczywiście wiele innych, starszych utworów. Była to w sumie moja trzecia okazja do zobaczenia ich na żywo, choć nareszcie pierwsza wykorzystana. Widać, że STWOF to już zespół bardziej doświadczony, solidny i naturalnie warty usłyszenia z bliskiej perspektywy ciasnego, rockowego klubu gdzie takie granie sprawdza się najlepiej.
Żałuję, że nie udało mi się zostać na Low-Cut. Ostrzeszowska kapela złożona z członków Let The Boy Decide gra ciekawą muzykę, mi osobiście mocno przypominającą dokonania Minus The Bear. Ostatni pociąg o 23:00 VS czekanie na pierwszy o 5:40 to jednak przykra rzeczywistość.
Podsumowując: Muzycznie ciekawie, atmosfera przyjazna, a koszt śmiesznie niski. Więcej stołecznych eventów na kształt tego niedzielnego zawsze mile widziane.

SETTING THE WOODS ON FIRE (Engineer Rec.) 
Mówi się o nich, że nie brzmią jak zespół z Polski i rzeczywiście nikt tutaj nie gra jak oni. Znani z porywających występów na żywo warszawiacy jak mało kto łączą perfekcyjną technikę, nowoczesne brzmienie i autentyczne emocje. Grali na festiwalach (Opener, Jarocin, PiotrkOFF Art), a także z Cancer Bats (CAN), Vera Cruz (Fr) i Wooden Shjips (USA). Ich najnowsza Epka „Ruins” to "mała perła współczesnej polskiej gitarowej muzyki" (Łukasz Kamiński, Wyborcza). Sygnowany przez amerykańsko brytyjski label Engineer Records krążek zebrał świetne recenzje w kraju i za granicą. Za jego produkcję odpowiada Prusiewicz Sound Studio, a za mastering sam Michael Fossenkemper z nowojorskiego Turtle Tone Studio (znany ze współpracy z The Get up Kids, The Casket Lottery, Coalesce, The Umbrellas, Brandtson, Dizzee Rascal, Moby). Brytyjski magazyn BIG CHEESE okrzyknął STWOF najbardziej ekscytującym zespołem na obecnej scenie post hardcore. Po powrocie z jesiennej trasy koncertowej, zespół pracuje nad materiałem na nowy album.
Facebook
video live:
http://www.youtube.com/watch?v=gNafJZg6PS8
http://www.youtube.com/watch?v=VCn10o2tcGY /
Low-Cut
Muzycy Low-Cut tworzyli do niedawna Let The Boy Decide, ostrzeszowską grupę, która zagrała dziesiątki koncertów w kraju i zagranicą (m.in. OFF Festival, Opener, Trójkowe Studio im. A.Osieckiej) i wydała dwa świetnie przyjęte albumy. Skład LTBD powraca z nowym wokalistą, nowym materiałem i nową nazwą – Low-Cut. Jesienią 2011 ukazał się album „LTBD” (Blue Sparkle Rec./Borówka Music). Materiał nagrano w studiu Przemysława „Perły” Wejmanna (ex-Acid Drinkers, Guess Why), który produkował płyty Much (Terroromans), Let The Boy Decide, Blue Raincoat czy Petera J. Bircha. Masteringiem zajął się Jacek Miłaszewski, znany ze współpracy z Acid Drinkers (nagrodzony Fryderykiem) czy Closterkeller. Low-Cut gra muzykę trudną do zaszufladkowania, osadzoną gdzieś pomiędzy americaną i indie rockiem. Tradycyjne instrumentarium rockowe uzupełniają ciepłe brzmienia pianina rhodes oraz saksofonu i gitary.
Facebook
Contra Contra
Świeża krew na warszawskiej scenie alternatywnej. Autorzy EPki roku wg opiniotwórczego bloga WeAreFromPoland. Bez zbędnego patosu tworzą muzykę zróżnicowaną, a jednocześnie spójną, mieszając gatunki, a zarazem idąc własną ścieżką. Debiutancka Epka istniejącego od 2010 kwartetu ‘I'm Not The Man You Think I Am' to duży ładunek energetyczny, mocna sekcja rytmiczna, tnące gitary i melodie krzyżujących się damsko-męskich wokali.
Bandcamp
Facebook

10. ANR - Stay Kids
Najłatwiej określić ich następcami MGMT. Raz, że duet - choć kosmopolityczny Nowy Jork ustępuje miejsca słonecznemu Miami. Dwa, że lata formowania kapela ma już wyraźnie za sobą, a ich tegoroczny breakthrough album "Stay Kids" jest głosem bandu, który wie czego chce. Trzy, że oba zespoły to doskonałe blendy szlachetnych inspiracji: David Bowie, Flaming Lips, Prince – wszystko tutaj jest, i to na wysokim poziomie. Kolejne odsłuchowe crashtesty nie dowodzą jakościowych ubytków w albumowej treści, a kompleksowe studyjne aranżacje łaskoczą aż miło. To płyta czasu teraźniejszego, polemizująca z dokonaniami popularnych rówieśników, nie polaroidowa wspominka z przeszłości. Otwierający utwór tytułowy, po wydłużonym rozbiegu, eksploduje galopadą kolorów, niczym tajemnicza sylwetka na okładce, tudzież pamiętny opener „Merriweather Post Pavillion”. Oparty na zamaszystej linii basowej „My Father Worked With Planes” ucieszy miłośników ejtisowej funkowości ubiegłorocznego Twin Shadowa, a konkretnie wyluzowany „It’s Around You” zadowoli wszystkich tych, którzy uwielbiają wskakiwać do basenu przy dźwiękach TV On The Radio. Kto wie, może tak brzmiałaby właśnie druga płyta Yesayeara, gdyby ten nie postanowił po wydaniu „All Hour Cymbals” przejść od razu do trzeciego albumu. Może tak brzmiałoby drugie wydawnictwo MGMT, gdyby ci po debiucie nie pominęli kolejnych dwóch. I choć koń na okładce nie wygalopował żadnego z końcoworocznych rankingów, w tym wypadku nie liczy się wynik na mecie, a duch artystycznego współzawodnictwa. [koala]
It's Around You
Endless Field Of Mercury
9. Wye Oak - Civilian
Wye Oak brzmi jak przyjemne zaklęcie, które najlepiej oswajać wieczorem. Raz wypuszczone odbija się od ścian całą gamą melodii, gitar i dream-popową aurą. "Civilian" to dla mnie pewnego rodzaju ucieczka do świata bardziej nierealnego, trochę upiększonego. Ponoć istnieje wyspiarski lud, który chowając swoich najbliższych, porzuca ich na tafli bezkresnego morza. Ci znikając powolnie w głębinach, spotykają tam swojego przewodnika – mitycznego wieloryba, który ściągając ich w ponure przestworza oceanu, doprowadza do drobnej dziewczyny. Ta odgrywając na różnych instrumentach pieśni pozwala im zasnąć na wieki. Ponoć dopiero wtedy umierają szczęśliwi. Tak sobie myślę, to jest coś! Chciałbym być tamtejszym tubylcem i na końcu swojej drogi stanąć oko w oko z odpowiednikiem Jenn Wasner. Ona czaruje tym swoim kobiecym wokalem. Uśmierza złe czasy, unicestwia przeszłość. Z jednej strony serwuje delikatność i marzycielski podmuch (Two Small Deaths), a z drugiej dostarcza muzykę, w której jakby ktoś rozżarzonym węglem przypalał mi skórę, punktowo, coraz głębiej (We Were Wealth). Moja pierwsza styczność z tym albumem miała za zadanie tylko jedno: przyjemnie i powolnie uśpić mnie pewnego wieczoru. To się nie udało i zasnąłem dopiero o świcie po kilkukrotnym zapętleniu tego krążka. Wye Oak to cholernie dobre zaklęcie. [kadaf]
Fish
Holy Holy
8. Tim Hecker - Ravedeath, 1972
Jestem prawie pewien, że na krakowskim koncercie w Kościele Św Katarzyny w ramach zeszłorocznego Unsoundu, Tim Hecker zagrał coś z „Ravedeath, 1972”. Przynajmniej „The Piano Drop”. Niezależnie od tego, zdumiewające jest jak świetnym przygotowaniem do wtedy jeszcze nadchodzącego albumu był występ Kanadyjczyka. Chłód, przestrzeń, sterylne dźwięki kościelnych organów oraz elektroniczne tekstury, z których słynie muzyk. Naturalnie, nic tutaj nie było przypadkowe. Szkielet „Ravedeath, 1972” został nagrany w kościele w Reykjaviku przy pomocy tamtejszych organów, cała zaś późniejsza obróbka i wszystkie efekty dźwiękowe są wynikiem pracy Heckera w studiu. Dzięki temu, w sposób absolutnie fenomenalny, elementy organiczne oraz cyfrowe współistnieją ze sobą na tle wyraźnie wyczuwalnej przestrzeni wewnątrz islandzkiej świątyni, tworząc najbardziej chyba niezwykłą i plastyczną pozycję w katalogu Kanadyjczyka. Inspiracją dla takiego podejścia był proces ewolucji muzyki. Hecker wydaje się pytać, czy współczesna technologia i możliwości jakie niesie wykorzystanie elektroniki są zagrożeniem dla muzyki pojmowanej w sposób klasyczny. I wreszcie najbardziej wymowne obrazy, które towarzyszyły autorowi podczas pracy: coroczne zrzucanie pianina z dachu MIT (okładka i wspomniany już „The Piano Drop”) oraz buldożery rozjeżdżające góry płyt cd i dvd w ramach walki z piractwem w Kazachstanie (obie części „Hatred of Music”). „Ravedeath, 1972” jest triumfem inteligencji i wyobraźni, jednym z najmocniejszych punktów w dyskografii Tima Heckera i zarazem przykładem, jak pięknie można połączyć tradycję z nowoczesnością. [arpeggi]
Hatred Of Music I
The Piano Drop
7. Fleet Foxes – Helplessness Blue
Dziewczyna Robina Pecknolda, nie wytrzymując stresu, który towarzyszył muzykowi przy pracy nad albumem, opuściła go w okresie gdy powstawała nowa płyta Fleet Foxes. Zapragnęła jednak wrócić po tym, jak po raz pierwszy usłyszała „Helplessness Blues”. I w zasadzie trudno jej się dziwić, gdyż to jakże wyczekiwane i zrodzone w trudach dzieło piątki utalentowanych chłopaków z Seattle urzeka jak mało które wydawnictwo w tym całkiem bogatym przecież roku. A zadania łatwego nie mieli. Debiut z 2008 roku spotkał się z niezwykle przychylnym przyjęciem i namieszał w wielu podsumowaniach. Fleet Foxes podeszli jednak do sprawy bardzo poważnie i jako rezultat dostaliśmy album o klasę lepszy od poprzednika, okupiony wyrzeczeniami, nad którym unosi się duch twórczości Simona i Garfunkela. „Helplessness Blues” brzmi surowo, momentami wręcz ascetycznie, a do tego żaden utwór nie zdradza singlowego potencjału, charakterystycznego przecież dla większości kompozycji z debiutu. Fantastycznych momentów, motywów i melodii jest tutaj jednak całkiem sporo, tyle że konstrukcja utworów sprawia, że nie wszystko jest tak ewidentne jak na pierwszym albumie. Wybijają się wielowątkowe „The Plains/Bitter Dancer”, „The Shrine/An Argument”, czy też utwór tytułowy. No i nie można zapomnieć o przepięknie zaśpiewanym „Lorelai”. Wspominam o tym nieprzypadkowo, jako że „Helplessness Blues” nie byłoby tak dobrym wydawnictwem, gdyby nie talent wokalny Robina Pecknolda. Niezależnie od tego, czy śpiewa o tym co dla niego oznacza sukces, o wyobrażeniach względem samego siebie i względem życia, czy po prostu o burzliwej miłości, udaje mu się perfekcyjnie oddać własny nastrój. I naprawdę wierzymy, że kiedyś będzie jak ten facet z ekranu. [arpeggi]
A Shrine/An Argument
Grown Ocean
6. The Antlers - Burst Apart
Jeśli mielibyśmy wymienić jeden konkretny punkt wspólny, w którym zbiegałyby się podobieństwa najlepszych albumów minionego roku, bez wątpienia moglibyśmy wskazać na produkcyjne wygładzenie. Real Estate, Girls, Mastodon, Bon Iver, Iron And Wine czy The Antlers właśnie – bez względu na stylistyczne różnice, wszystkie wspomniane zespoły osiągnęły podobny sukces krocząc niemal identyczną drogą. Dzięki misternej i pieczołowitej obróbce studyjnej utrzymane w duchu lo-fi kompozycje The Antlers nabrały piosenkowego charakteru, a jednocześnie Peter Silberman i koledzy w dalszym ciągu utrzymali status poszukiwaczy nowych brzmień. „Burst Apart” czerpie garściami z tego, co udało się wypracować Nowojorczykom na dwóch poprzednich albumach, w żaden sposób nie przypominając przy tym wcielenia zespołu sprzed kilku lat. The Antlers obrali kierunek marzycielskiego ambient-popu podbarwionego subtelną dawką elektroniki, ilustrując jak brzmiałoby Sigur Ros z członkami Radiohead w roli muzyków sesyjnych. Trzeci krążek Amerykanów urzeka swym romantyzmem i kruchością niemal w każdym momencie, dając tego dobitny wyraz w elegijnych pejzażach „Hounds” i „Corsicany”, a także w postaci iście filmowej miniaturki „Tiptoe”, która z powodzeniem mogłaby wzbogacić ścieżkę dźwiękową „Dziecka Rosemary”. Jednak „Burst Apart” to nie kopalnia singli, a wymagająca całościowego potraktowania opowieść, w której nie ma momentów ważniejszych i tych mniej istotnych. [night]
Putting The Dog To Sleep
Every Night My Teeth Are Falling Out
5. Fredrik - Flora
Dla takiego indie-snoba jak ja nie ma większej satysfakcji niż odnalezienie jakiegoś obskurnego, ale nietuzinkowego zespołu dystrybuującego swoje nagrania za pośrednictwem Bandcamp albo Myspace. Zwłaszcza, jeżeli już pierwszy odsłuch jego płyty zdradza ogromny potencjał. Tak było z moim przypadkowym odkryciem szwedzkiej grupy Fredrik na wysokości jej drugiego albumu „Trilogi”, ale prawdę powiedziawszy nie byłem pewien tego, w jaki sposób dalej rozwinie się ta znajomość. Przede wszystkim nie spodziewałem się, że zespołowi starczy determinacji aby kontynuować działalność pomimo braku szerszego zainteresowania ze strony muzycznych krytyków i dziennikarzy. Nie spodziewałem się też, że muzycy Fredrik będą potrafili rozwinąć się w tak szybkim tempie i nagrać tak niesamowicie porywającą płytę, jaką bez wątpienia jest „Flora”. Ich muzyka najczęściej określana jest mianem folk-popu, choć ani folk, ani tym bardziej pop, nie jest estetyką dominującą w ich twórczości. Mamy tu raczej do czynienia elektro-folkiem nafaszerowanym elementami kraut-rocka i ambientu. Szwedzi nie wstydzą się ani zacięcia eksperymentalnego („The Shape And Colour Of Things Gone Blind”, „Chrome Cavities”), ani swojego upodobania do rozbudowanych, instrumentalnych pejzaży. Oswoiwszy się z tym materiałem zachodzę w głowę, dlaczego mimo jego zdecydowanie ponadprzeciętnego poziomu nie stał się dla Szwedów trampoliną do międzynarodowej kariery. Zrzućmy więc winę na nadmierne nasycenie rynku muzycznego, przez które słuchaczom coraz trudniej jest przyswoić setki pojawiających się i potencjalnie interesujących nowości, a wytwórniom wypromować muzykę, której głównym atutem jest eksperymentalizm i nowatorstwo – stylistyczne lub brzmieniowe, nawet w tak przystępnej formie jak ta zaserwowana nam przez Fredrik. Płyty „Flora” można posłuchać w całości tutaj: http://fredrik.bandcamp.com/ [emu]
The Shape And Colour Of Things Gone Blind
Chrome Cavities
4. Bon Iver - Bon Iver, Bon Iver
Któregoś dnia zapuszczę brodę. Nie będzie w tym pobudek hipsterskich, tylko wyznanie miłości przegranej. Pójdę w las i zaszyję się w nim. Zaprzyjaźnię z niedźwiedziami grizzly. Od wiewiórek wezmę spryt, ptaki nauczą mnie nucić, a lis powie o chaosie. Zbuduję w głuszy niewielką chatę. Zima w tym roku może być ciężka. Nadal będę próbował nie myśleć o przeszłości. Chociaż tatuaże na przedramionach nie dadzą się zwieść. Podwinę rękawy flaneli, w końcu każdy czasem lubi jak boli. Zetnę kolejne drzewo jak kolejny rok na karku. Tegoroczny rok należy do Bon Ivera – króla czołówek podsumowań, katalizatora dyskusji o przehajpie. Ta sentymentalna podróż do lat 80 wśród syntezatorowych pejzaży, smyczkowych i saksofonowych umilaczy, przy całym bogactwie bodźców ma w sobie tyle prawdy i szczerości, że można by nimi, bez szkody dla Bon Ivera, obdzielić kilku uczestników konkursów talentu. Smutek i nostalgia w dziesięciu dawkach, dozowane w różnych proporcjach. Możesz wspominać o truizmie, zasłonie dymnej, uderzaniu w odpowiednie struny, ale czy nie lepiej ruszyć w wędrówkę po ośnieżonych wzgórzach? [stonysleep]
Holocene
Calgary
3. Bombay Bicycle Club - The Different Kind Of Fix
Koniec zabawy się skończył. Bombay Bicycle Club zmienili rowerki i podążyli w kierunku przeciwnego horyzontu. „Indie-dance“ – pomyśleli – „to chcemy czuć, tam chcemy być.“
Nie oszukujmy się: na „Flaws“ było nudno, smętnie i folkowo. Co więcej, każdy obudzony w środku nocy gimnazjalista wyrecytuje zawsze aktualne powiedzenie o młodzieży, która „musi się wyszaleć“. Łącząc te dwa fakty oraz podbijając je radosną informacją, że dzieciaki z BBC podczas nagrywania „Fix“ (gdzieś tam w Atlancie) mogli wreszcie osobiście – a nie poprzez agenta – zakupić do studia browary, otrzymaliśmy dynamit, który po prostu musiał wybuchnąć.
Zapalnikiem, czy też jak kto woli, zapalną iskierką został Ben Allen, podmiot odpowiedziany za wygibasy strukturalne Animal Collective, Washed Out czy Deerhuntera, który znalazł równowagę pomiędzy kreacyjnymi odjazdami, a brytyjską, tradycyjną szkołą pisania piosenek. Ten muzyczny eksperymentator, wespół z Jackiem Steadmanem (vox.), podłubał w nutkach odwołujących się do Talking Heads, Happy Mondays czy New Order (trop dalszy), oraz w tych oddających ducha Interpolu, Radiohead czy ekhm Travis (trop bliższy). Dłubanie polegało na dodaniu warstwy niepokoju “tutaj”, warstwy lirycznej niepoprawności “tam”, oraz odrobiny brudnego zgiełku znanego mieszkańcom miast ponadpowiatowych “tu i ówdzie”. W efekcie – uwaga, będzie wyświecht – “Fix”, świadomie jak mniemam, został wyposażony w zdolność wielokrotnego odsłuchiwania oraz multum szczegółów, nie do wmig ogarnięcia. Każdy lekko nie ma.
Do historii przejdą opowieści Steadmana o kompilowaniu albumu w oparciu o utwory napisane w wieku 16 lat na potrzeby szuflady/składu hip-hopowego/sympatii oraz te o procesie hartowania się kompozycji podczas koncertów, zawarte w maksymie „ja przynoszę piosenki, zadaniem reszty jest rozkminienie jak to zagrać“. A że w zespole ułomków nie znajdziemy, to misja została zakończona, a zadanie wykonane. No bo popatrzmy. Dla przykładu taki Suren de Saram – kolo, który obok pykania na perce w BBC, uprawia wszelkie możliwe sporty związane z klasycznym podejściem do instrumentów perkusyjnych i raz na jakiś czas daje porywające występy dla wypindżonych pań w pięknych toaletach i panach w smokingach w europejskich – jak na razie – filharmoniach. I przykład numer dwa: panna Lucy Rose, coraz odważniej poczynająca sobie w chórkach, a od czasu do czasu otrzymująca – jak na przykład w „Lights Out, Words Gone“ – całkiem spore poletko do zagospodarowania. Nota bene solowy album Rose w drodze.
BBC, zapewne z powodu luzackiej nazwy i przysłowiowego mleka pod nosem, często bywają obierani z przymrużeniem oka. Złośliwi doszukują się w ich muzyce inspiracji modnym niegdyś na każdym bazarze nurtem Italo House. Takim złośliwcom mówimy gromkie „nie“ i czekamy na kolejne enuncjacje przepastnej duszy Jacka. A czekać – jak nas przyzwyczaili – zapewne długo nie będziemy. [held]
Shuffle
Lights Out Words Gone
2. The Field - Looping State Of Mind
Pewnie znaleźli się malkontenci, którzy trzeci album The Field skwitowali ziewnięciem lub krótkim „to już było”, bo nie da się ukryć, że brzmieniowo na „Looping State Of Mind” Axel Willner Ameryki nie odkrywa. Znowu mamy zestaw podobnych dźwięków, repetycje, dużo rytmicznej transowości i nieskończone pokłady ambientowego „klimatu”. A jednak udało się Szwedowi to, co wobec powyższego wydawałoby się niemożliwe – nagrał płytę inną niż dwie poprzednie. „Looping...” nie jest ani tak hermetyczna brzmieniowo jak „From Here We Go Sublime”, ani tak organiczna jak „Yesterday and Today”, można powiedzieć, że skandynawski Bóg minimal-techno znalazł złoty środek i stworzył wypadkową swoich dwóch poprzednich dokonań, ale i to nie oddaje istoty wydawnictwa. „Looping State Of Mind” jest płytą zorientowaną na duże formy, wszystkiego jest tu więcej. Wydaje się, że dopiero na swojej trzeciej płycie Axel uwierzył w pełni we własne możliwości kompozytorskie i wreszcie nie boi się tworzyć bardziej wyrafinowanych kompozycji. Już otwierający całość „Is This Power” pomimo brzmieniowego deja vu podąża w kierunku dla Willnera zupełnie nowym, jest bardziej mrocznie i progresywnie, a kompozycja nie zatrzymuje się w miejscu, w którym zatrzymałoby się The Field AD 2007. Willner zaskakuje dodając co chwilę nowe elementy do tej układanki, i takie zaskoczenia czekają nas we wszystkich siedmiu utworach. Najbardziej reprezentatywną dla płyty, i chyba najlepszą kompozycją w karierze szwedzkiego artysty jest utwór tytułowy. „Looping State Of Mind” to ponad dziesięć minut esencjonalnego The Field, wszystko tu płynie, i mogłoby tak płynąć bez końca. Swoją trzecią płytę The Field wydał znowu z zaskoczenia, i paradoksalnie pomimo wyżej wspomnianych wyraźnych nawiązań do swoich poprzednich dokonań, udało mu się wyjść poza schemat tworząc nowy dla siebie początek. [jagi]
Is This Power
Looping State Of Mind
1. Future Islands – On The Water
Na początku był "Little Dreamer", który przenosił mnie o kilka dekad wstecz, ocierając się gdzieś o wrażliwość samego Louisa Armstronga. Potem zegar wybił 2010 i nadszedł kolejny kopniak w postaci "In Evening Air". Kto nigdy o zachodzie słońca nie upijał się winem przy dźwiękach "Tin Man" albo "Long Flight" ten może czuć się przyłapany na gorącym uczynku i jak skarcony uczeń odesłany na dodatkowe lekcje, aby nadrobić zaległości. Poprzedni album to muzyczne niedbalstwo, kiczowe klawisze i tła, wokalista którego nie da się pomylić z nikim innym. Za to ich właśnie zacząłem uwielbiać. Teraz powracają i notują się z numerem jeden na mojej prywatnej liście najlepszych tegorocznych albumów. Popieprzony i zarazem nieprzeciętny band. "On The Water" to kierunek w stronę dyskoteki, miłosnych historii, festyniarski pląs przecinany automatem perkusyjnym. Tu wcale nie chodzi o muzyczną perfekcję, a bardziej o to, że oni mogą zagrać coś co powinno zadziałać na mnie jak płachta na byka - każdy ckliwy dźwięk, a ja to połykam w całości i czuję jakbym się kręcił na kolorowej karuzeli, znów miał o tych parę lat mniej. Muzyczna niedoskonałość, uzależniające pieśni, które na szczyty wynosi dla mnie wokalista, nadający tej muzyce jakiejś surowizny i prawdy. Te jego wszystkie miłosne opowieści, w które wierzę, bo smakują mi jak usta kobiety. Tu wszystko ocieka zagubieniem, nadziejami, porażkami, seksem i zapachem zmęczonych ciał nad ranem. Love and die. [kadaf]
Before The Bridge
Give Us The Wind
Balance

20. Craft Spells - Idle Labor
W obliczu kolejnej reaktywacji New Order, debiutancki album Craft Spells zapewne wyraźnie straci na znaczeniu, nie umniejsza to jednak jego niekwestionowanej wartości. Materiał z „Idle Labor” wydaje się wręcz idealnym kandydatem do zaprezentowania go na żywo przed długo oczekiwanymi gigami grupy Bernarda Sumnera, a jednocześnie godnym przeciwnikiem dla twórczości legendarnych Brytyjczyków. Ukrywający się za swoim pseudonimem Justin Vallesteros w domowych warunkach czterech sypialnianych kątów stworzył album nieprzekombinowany i oldschoolowy, a zarazem brzmiący jak jeden z zaginionych klasyków syntetycznej dekady z ósemką z przodu, kiedy brak wąsa był równoznaczny ze zbrodnią. „Idle Labor” to bowiem krążek pozbawiony taniego efekciarstwa i brzmieniowych skoków na główkę, rzecz tyleż ciepła i przytulna, co nie dająca spokojnie wysiedzieć na kanapie. Retro romantyzm pełnowymiarowego debiutu egzotycznie wyglądającego Amerykanina potrafił z sukcesem połączyć siły z chłodnymi, nieśmiało tanecznymi klawiszami i beznamiętnym wokalem. Oszałamiającym rezultatem tego związku okazała się płyta, dająca potencjalny obraz brzmienia Joy Division z Ianem Curtisem po półrocznej udanej kuracji antydepresyjnej. Strzałem w trybuny trzeba natomiast nazwać zarzut o coraz częstszym i przewidywalnym wykorzystywaniu starych ejtisowych klisz, który w tym przypadku nie znajduje najmniejszego potwierdzenia. Będziemy płakać za takim revivalem, kiedy za jakiś czas do głosu coraz częściej dochodzić będą wskrzesiciele maczo-rockowego rzemiosła bazujący na inspiracjach Motorhead. [night]
After The Moment
Your Tomb
19. Nicolas Jaar - Space Is Only Noise
Słuchając tej płyty trudno pogodzić się z myślą, że dużą jej część napisał i nagrał nastolatek, bo co prawda dziś Jaar ma prawie 22 lata, ale „Space Is Only Noise” zaczął tworzyć w wieku lat siedemnastu. Nie ma sprawiedliwości na świecie - jedni mają talent by w wieku pacholęcym tworzyć zupełnie niepowtarzalne dźwięki, inni mogą co najwyżej o tym pisać. Debiut tego Amerykanina z chilijskimi korzeniami to jedna z najbardziej odkrywczych płyt 2011 roku. Zadziwiające, że tak młody człowiek posiada tak wielką muzyczną erudycję, odnaleźć tu można bowiem ślady fascynacji Matthew Herbertem, Air, krautrockiem, IDMem spod znaku wytwórni WARP czy klasycznym jazzem. A wszystko to przetworzone przez specyficzną wrażliwość tego frankofila (francuskojęzyczne melodeklamacje pojawiają się tutaj kilkakrotnie). Kompozycje z „Space Is Only Noise” trudno nazwać skończonymi utworami, to raczej otwarte formy, Jaar nie zaśmiecał sobie głowy dbaniem o zwartość struktury. Prawie każdy fragment muzyczny przechodzi bezboleśnie w kolejny, spoiwem są wspomniane melodeklamacje, winylowe trzaski czy zapętlone odgłosy płynącej wody. Całość okrywa aura tajemniczości przypominająca nieco twórczość frików z Hype Williams. Debiutancki album Nicolasa Jaara to wydawnictwo bardzo bogate brzmieniowo, dlatego słuchać go należy w skupieniu, możliwie na dobrym stereo lub z słuchawkami na uszach. Można mieć nadzieję, że niedługo ten młokos znowu nas zaskoczy - wydane już po debiucie epki świadczą o tym, że jego ambicje wykraczają nawet poza to, co zaprezentował na tej płycie. [jagi]
Keep Me There
Space Is Only Noise If You Can See
18. Holy Ghost! - Holy Ghost!
Stało się niemal tradycją, że co roku DFA wypuszcza jakąś fajną płytę – często fajnego debiutanta – którą od pierwszych taktów łatwo zaszufladkować jako kolejny oszlifowany z perfekcyjną precyzją klejnocik w pęczniejącym katalogu nowojorskiego labelu. Pamiętacie Shit Robot?
Debiut Holy Ghost! spełnia każdy warunek dobrego albumu debiutanckiego, nie tylko debiutanckiego dobrego albumu z DFA. Po pierwsze: jest wyczekiwany. Od 2007 roku, od czasu pierwszego strzału w czasoprzestrzeń pt. “Hold On”, chłopaki nagrywali jakieś drobiazgi, mixtape'y, split-single, remiksy i te wszystkie możliwe nietradycyjne aktywności. Po drugie: jest to album przebrany. Piosenki, jak wiemy, niczym grzybki w koszyczku, wymagają sprawnych sit czy też doświadczonych w filtrowaniu rąk Pani grzybiarki. Kompozycje po prostu muszą się uleżeć, by móc w miarę obiektywnie rozpoznać ich prawdziwą wartość. Sito w przypadku HG! było niezwykle gęste. Materiału uzbierało by się i na drugi krążek, ale kto ma ochotę ten sobie poszuka, a kto zetknie się z twórczością duetu Frankel-Millhiser po raz pierwszy nie będzie się nudził, lub będzie się nudził krócej. Po trzecie i ostatnie: jest to album na poły romantyczny, na poły dramatyczny. Utwory z jednej strony podszyte są niewysłowioną tragedią i smutkiem, z drugiej zaś podnoszącą na duchu, trwającą od dzieciństwa przyjaźnią duetu. Jakże inną jawi się legenda tych utworów, w porównaniu z błahymi i pretensjonalnymi opowieściami znanymi z kart rubryki “Radar” w NME.
Słowo o gatunkowości: posłuchać warto, gdyż te elektropopowo-retro-ejtisowe disco zostało upakowane funky-hookami ciaśniej niż bagaż oszczędnego backpackersa. Analogowo ciepłe, ale bogato aranżowane, drobiazgowo wypolerowane utwory, powstały w absolutnej kontrze do niechlujnego nurtu chill, w kontrze do szumów, mgieł i koślawych rytmów. Holy Ghost! to czysta muzyka. [held]
Wait & See
Jam For Jerry
17. Rural Alberta Advantage – Departing
„Departing” nie jest kontynuacją „In The Aeroplane Over The Sea”. Chociaż słuchając po raz pierwszy The Rural Alberta Advantage trudno oprzeć się mylnemu doświadczeniu obcowania z niepublikowanymi nagraniami Jeffa Manguma. Mocno wyczuwalne folkowe inspiracje stanowią charakterystyczny element drugiego albumu Kanadyjczyków, jednak odniesień na patenty kompozytorskie musimy poszukać z innej strony Wielkich Jezior. Spajanie utworów w całość poprzez uzupełniające się partie poszczególnych instrumentów, a także wykorzystanie nosowego wokalu Edenloffa budzi dość jednoznaczne skojarzenia z twórczością Billy'ego Corgana. Największym atutem tej płyty jest postawienie na pierwszym planie gitarowych i klawiszowych melodii, które znakomicie wspierają śpiewem Nils i Amy. Wokalizy świetnie sprawdzają się jako tło dla gry nierozbudowanego instrumentarium. Esencję stylu zespołu najłatwiej jednak dostrzec w „Tornado ‘87”, utworze gdzie galopująca sekcja rytmiczna ścigana jest przez głos frontmana i klawiszowe ozdobniki. Przebojowość tej piosenki przyćmiewa nawet niezaprzeczalną chwytliwość „Stamp”, numeru z pierwszej dziesiątki naszego tegorocznego podsumowania singli. To właśnie te utwory wspierane przez tylko nieco mniejszy potencjał „Two Lovers”, The Breakup” i „Muscle Relaxants” zaprowadziły „Departing” na 17 miejsce najlepszych płyt 2011 roku w uszach FURS.fm. [witek]
Stamp
Muscle Relaxants
16. Cold Cave - Cherish The Light Years
W przypadku „Cherish The Light Years”, filadelfijskiego składu z Cold Cave nie można już ochrzcić mianem „drużyny syntpopowych minimalistów”, z jakim to określeniem przyszło im się często spotykać w odniesieniu do pierwszej płyty – „Love Come Close”. W konfrontacji z debiutem, drugi album amerykańskiej supergrupy można nazwać jej młodszą, lecz znacznie bogatszą, piękniejszą i obfitszą w kształty siostrą, której w dodatku nie brakuje zarówno charakterku jak i uroku. Stojący za projektem Wesley Eisold, współczesny człowiek renesansu muzycznego półświatka, zatrudnił w roli producenta Chrisa Coady’ego, współpracującego wcześniej z całym alternatywnym panteonem, począwszy od Yeah Yeah Yeahs, na TV On The Radio skończywszy. A ten wyraźnie wzbogacił brzmienie zespołu, powodując że stało się nad wyraz przebojowe i świeże. Można oczywiście dyskutować nad tym, czy bardziej „komercyjny” sound „Cherish The Light Years” pasuje do zespołu w większym czy mniejszym stopniu niż debiutancka asceza produkcyjna, jednak dopiero teraz specyficzne połączenie new-wave’u, post-punku i synth-popu w wykonaniu Cold Cave fascynuje prawdziwą mnogością pomysłów i dźwiękowych płaszczyzn. Wieloosobowa machina złożona z blisko piętnastu muzyków jacy brali udział w sesji nagraniowej, podeszła do tematu zadania domowego z The Cure w zupełnie zaskakującej strony, zręcznie odświeżając konwencję, do której jak dotąd podchodzono wyłącznie w siermiężny i odtwórczy sposób. [night]
Villains Of The Moon
Confetti
15. WU LYF - Go Tell Fire To The Mountain
Trafili idealnie w swój czas. Stworzyli ścieżkę dźwiękową dla płonącego Londynu, dla niepokojów greckiej ulicy i okupacji Wall Street. Rewolucję zbudowali z młodzieńczej wiary w równość i z umiłowania prawdy. Gdzieś tam jednak tlił się strach przed śmiercią, mimo, że nie padła odpowiedź – „Hey, Hey L Y F, how many you kids are scared of death?” Śnieg zabarwił się czerwienią, a ulica stała się domem. Miasto odebrało młodość, bieda człowieczeństwo. Głos nakazał jednak odłożyć broń i zaśpiewać pieśń. Był w niej Bóg i zwątpienie. Była ucieczka w góry i plamiący dłonie krwią, rebeliancki powrót. W końcu każda słuszna sprawa ma swoją mroczną stronę, a posiadanie korony nie oznacza szczęścia. Marzenia wpadają w objęcia strachu, odwaga stanowi pożądanie, a sen jawi się wybawieniem. Wschód słońca przynosi jednak nadzieję i sprawia, że znów odżywa wiara w odnalezienie miejsca, które można nazwać domem. Kluczem są słowa brata: „don’t stay, go out and play, you can’t live until your dead”. Ważne jakie się ma priorytety. I o tym powinni pamiętać współcześni protestujący. Debiut WU LYF stanowi afirmację życia, przypomina o braku boskiej cząstki w pieniądzu, w końcu, jest odą do młodości z datą 2011. [d.depczyński]
Spitting Blood
Dirt
14. St Vincent - Strange Mercy
Annie Clark ma zdecydowanie większą liczbę fanów wśród męskiej części publiczności. Trudno się temu dziwić, w końcu każda dziewczyna pragnie mieć naturalnie kręcone włosy, długie zgrabne nogi, a karierę muzyczną zaczynać śpiewając w chórkach u Sufjana. Pierwszy singiel - niezwykle przebojowe “Cruel “ jest świetnie zaaranżowaną piosenką, zapraszającą na parkiet nawet największych podpieraczy ścian, ale również ociera się o nowszą twórczość wspomnianego już Stevensa. Warto też wspomnieć o zabawnym teledysku, który towarzyszył tej piosence - co fajniejsze modowe bloggerki przez długi czas po premierze singla rozpisywały się na temat uroczych sukienek Annie. Nie sądziłam, że tak trudno będzie napisać coś więcej o samej płycie – tak wiele się na niej dzieje. Żywe oraz skoczne piosenki kontrastują z wolniejszym balladami, instrumenty smyczkowe z gitarowymi riffami, a do tego wszystkiego dochodzi liryczny głos wokalistki. Nie ma tu miejsca na przewidywalność i dlatego właśnie tak dobrze się słucha płyty od pierwszej do ostatniej sekundy. Liczę, że w końcu uda się St. Vincent przyjechać do Polski, ja nadal trzymam pożółkły bilet na niedoszły występ ponad dwa lata temu. Tymczasem pozostaje zachwycać się “Strange Mercy” i oczekiwać kolejnej świetnej płyty w przyszłym roku. [pysio]
Cruel
Surgeon
13. Peaking Lights - 936
Rok 2011 przebiegł dla mnie pod znakiem poszukiwania mniej piosenkowych, bardziej różnorodnych, nierzeczywistych wrażeń. Z pomocą przyszły mi: dub, psych-pop, new age, kosmische musik i portal Altered Zones. Prawie nigdzie w muzycznym Internecie nie czułem się w minionych 12 miesiącach lepiej, przy każdej wizycie wiedząc, że poznam kilka nowych, tworzących gęste i interesujące rzeczy, projektów. I choć po Peaking Lights sięgnąłem akurat nie przez AZ, lecz z rekomendacji szefa Strony Be, to chyba zespół najbardziej skupiający w pigułce stylistykę mojej ulubionej strony i zmianę moich zainteresowań w 2011. Ich muzyka to pop, który pulsuje tętnem Augustusa Pablo, i jednocześnie dub, w którym melodie błogo chwytają za serce. Czwarty - a pierwszy wydany na CD - album duetu z Wisconsin, wydany nakładem nieocenionego Not Not Fun, swoją przystępną psychodelią oczarował mnie i wciągnął głęboko, między liczne warstwy analogowo ciepłych piosenek. Bo choć melodie wyśpiewywane zwiewnie przez Indrę Dunis są przejrzystsze niż u kolegów takich jak Sun Araw czy Ducktails, dużo fascynujących rzeczy dzieje się w tle - nieśmiałe westernowe gitary, delikatne pacnięcia w klawisze, echa i pogłosy.."936" to płyta słoneczna i letnia - co widać już w tytułach, m.in. "All the sun that shines" czy "Amazing and wonderful" - ale jej lekkość i zwiewność przydaje się także i teraz, gdy za oknem plucha, a potrzeba ogrzania się jest największa. Ja nie znalazłem barwniejszego i cieplejszego kokonu na zimę w 2011 roku. A gdyby było mało, temat Peaking Lights nie kończy się wcale na płycie - mamy mixtape przygotowany z okazji transferu do Domino, dwa filmy dokumentalne na Youtube (jeden o samym zespole, drugi o ich warsztacie i zapleczu technicznym), album z remiksami utworów z "936"..Ach, no i prowadzą sklep z rzadkimi płytami. Jedni z moich bohaterów 2011. I tylko szkoda, ze na Altered Zones już nie będzie żadnego update'u. [kidej]
Synthy
All The Sun That Shines
12. Arrange - Plantation
Okazało się, że również słońce Florydy potrafi wywoływać stany depresyjne. Może przyczyna tkwiła w siedzeniu w domu i spuszczonych żaluzjach, a może w braku czasu, który wykorzystywany był na realizowanie muzycznych, bandcampowych manifestów nastoletniego Malcolma Laceya. Metoda prób i błędów, sypialniana samotność oraz (o czym pisałem już wcześniej) postępująca z wydawnictwa na wydawnictwo konkretyzacja, przeradzały eklektyzm we własny styl, retuszując szwy różnych fascynacji. Ostatecznie stanęło na ambientowym, sad-bedroomowym popie opartym o klawiszowe łkanie, które ubarwiono wokalną pretensją godną Justina Vernona (czy jak kto woli Conora Obersta) oraz lirykami opowiadającymi o nastoletnich niepokojach i inicjalnej, uczuciowej porażce. Co najważniejsze, wszystko się zazębiło. Kołyskowe "Tiny Little Boy" traktujące o braku doświadczeń i cierpliwości przeszło niepostrzeżenie w sigurrosowe u podstaw, przeradzające się we współczesne "Nothing Compares 2 U", "When'd You Find Me?", te zaś w pełne bolesnej tęsknoty, moje ulubione "Turnpike" ("The way that I was when you were out in the dead night"). Okazało się jednak, że może być jeszcze gorzej. "Tearing Up Old Asphalt", stanowiące kumulacje tego co bolesne, to cierpienia młodego Wertera godne najsmutniejszych chwil w twórczości Mike’a Hadreasa. Z tą różnicą, że Malcolm nie walczy z demonami, bo wie, że to tylko stan przejściowy ("I'm not lost. I'm capable of being someone"), a egzorcyzmy nad stratą na niewiele się zdadzą. Młodość nie obędzie się bez złamanego serca. Potrzeba tylko czasu w pakiecie z dystansem do tego co było. [d.depczyński]
When'd You Find Me
Turnpike
11. Metronomy – The English Riviera
W kategorii artystyczne wybory bodajże najodważniejszego wywrócenia kariery do góry nogami dokonali w tym roku Metronomy. Po dwóch solidnych, ale jednocześnie niezapamiętywalnych, albumach kierujący formacją Joe Mount postanowił odciąć się od pierwotnej stylistyki, przemyśleć koncepcję działania, odciąć się od zaszufladkowanych w post-klaxonowym indie-electro rówieśników w postaci Late Of The Pier czy Errors. W kąt poszły chałupnicze metody pracy, syntetyczne bity ustąpiły miejsca nowo zatrudnionej sekcji rytmicznej, z dawnej klubowości pozostały jedynie echa. „The English Riviera” oddycha pełną piersią inspiracji, kontynuując jakże bogatą, lecz ostatnio nieco zakurzoną tradycję nieco ekscentrycznego wyspiarskiego popu. To niezwykle słoneczna, żeby nie powiedzieć leniwa płyta, lecz pod pozornie sielankowym krajobrazem a’la Steely Dan, pieczołowicie pracuje delikatnie funkująca sekcja rytmiczna, płynące linie syntezatorów co jakiś czas przełamane zostaną dość wyraźnie zarysowanym hookiem. Stare Metronomy starało się punktować mikro-motywami, na „English Riviera” ograniczono ilość linii melodycznych do niezbędnego minimum – drugiej tak ascetycznie brzmiącej płyty pop w 2011 prawdopodobnie nie znajdziecie. Całość umiejętnie spięto konceptem powrotu w rodzinne strony, gdzie czas płynie wolniej, a lokalny pub serwuje najlepsze piwo. Romantyczny eskapizm na kamieniste plaże. [koala]
The Look
The Bay