
10. ANR - Stay Kids
Najłatwiej określić ich następcami MGMT. Raz, że duet - choć kosmopolityczny Nowy Jork ustępuje miejsca słonecznemu Miami. Dwa, że lata formowania kapela ma już wyraźnie za sobą, a ich tegoroczny breakthrough album "Stay Kids" jest głosem bandu, który wie czego chce. Trzy, że oba zespoły to doskonałe blendy szlachetnych inspiracji: David Bowie, Flaming Lips, Prince – wszystko tutaj jest, i to na wysokim poziomie. Kolejne odsłuchowe crashtesty nie dowodzą jakościowych ubytków w albumowej treści, a kompleksowe studyjne aranżacje łaskoczą aż miło. To płyta czasu teraźniejszego, polemizująca z dokonaniami popularnych rówieśników, nie polaroidowa wspominka z przeszłości. Otwierający utwór tytułowy, po wydłużonym rozbiegu, eksploduje galopadą kolorów, niczym tajemnicza sylwetka na okładce, tudzież pamiętny opener „Merriweather Post Pavillion”. Oparty na zamaszystej linii basowej „My Father Worked With Planes” ucieszy miłośników ejtisowej funkowości ubiegłorocznego Twin Shadowa, a konkretnie wyluzowany „It’s Around You” zadowoli wszystkich tych, którzy uwielbiają wskakiwać do basenu przy dźwiękach TV On The Radio. Kto wie, może tak brzmiałaby właśnie druga płyta Yesayeara, gdyby ten nie postanowił po wydaniu „All Hour Cymbals” przejść od razu do trzeciego albumu. Może tak brzmiałoby drugie wydawnictwo MGMT, gdyby ci po debiucie nie pominęli kolejnych dwóch. I choć koń na okładce nie wygalopował żadnego z końcoworocznych rankingów, w tym wypadku nie liczy się wynik na mecie, a duch artystycznego współzawodnictwa. [koala]
It's Around You
Endless Field Of Mercury
9. Wye Oak - Civilian
Wye Oak brzmi jak przyjemne zaklęcie, które najlepiej oswajać wieczorem. Raz wypuszczone odbija się od ścian całą gamą melodii, gitar i dream-popową aurą. "Civilian" to dla mnie pewnego rodzaju ucieczka do świata bardziej nierealnego, trochę upiększonego. Ponoć istnieje wyspiarski lud, który chowając swoich najbliższych, porzuca ich na tafli bezkresnego morza. Ci znikając powolnie w głębinach, spotykają tam swojego przewodnika – mitycznego wieloryba, który ściągając ich w ponure przestworza oceanu, doprowadza do drobnej dziewczyny. Ta odgrywając na różnych instrumentach pieśni pozwala im zasnąć na wieki. Ponoć dopiero wtedy umierają szczęśliwi. Tak sobie myślę, to jest coś! Chciałbym być tamtejszym tubylcem i na końcu swojej drogi stanąć oko w oko z odpowiednikiem Jenn Wasner. Ona czaruje tym swoim kobiecym wokalem. Uśmierza złe czasy, unicestwia przeszłość. Z jednej strony serwuje delikatność i marzycielski podmuch (Two Small Deaths), a z drugiej dostarcza muzykę, w której jakby ktoś rozżarzonym węglem przypalał mi skórę, punktowo, coraz głębiej (We Were Wealth). Moja pierwsza styczność z tym albumem miała za zadanie tylko jedno: przyjemnie i powolnie uśpić mnie pewnego wieczoru. To się nie udało i zasnąłem dopiero o świcie po kilkukrotnym zapętleniu tego krążka. Wye Oak to cholernie dobre zaklęcie. [kadaf]
Fish
Holy Holy
8. Tim Hecker - Ravedeath, 1972
Jestem prawie pewien, że na krakowskim koncercie w Kościele Św Katarzyny w ramach zeszłorocznego Unsoundu, Tim Hecker zagrał coś z „Ravedeath, 1972”. Przynajmniej „The Piano Drop”. Niezależnie od tego, zdumiewające jest jak świetnym przygotowaniem do wtedy jeszcze nadchodzącego albumu był występ Kanadyjczyka. Chłód, przestrzeń, sterylne dźwięki kościelnych organów oraz elektroniczne tekstury, z których słynie muzyk. Naturalnie, nic tutaj nie było przypadkowe. Szkielet „Ravedeath, 1972” został nagrany w kościele w Reykjaviku przy pomocy tamtejszych organów, cała zaś późniejsza obróbka i wszystkie efekty dźwiękowe są wynikiem pracy Heckera w studiu. Dzięki temu, w sposób absolutnie fenomenalny, elementy organiczne oraz cyfrowe współistnieją ze sobą na tle wyraźnie wyczuwalnej przestrzeni wewnątrz islandzkiej świątyni, tworząc najbardziej chyba niezwykłą i plastyczną pozycję w katalogu Kanadyjczyka. Inspiracją dla takiego podejścia był proces ewolucji muzyki. Hecker wydaje się pytać, czy współczesna technologia i możliwości jakie niesie wykorzystanie elektroniki są zagrożeniem dla muzyki pojmowanej w sposób klasyczny. I wreszcie najbardziej wymowne obrazy, które towarzyszyły autorowi podczas pracy: coroczne zrzucanie pianina z dachu MIT (okładka i wspomniany już „The Piano Drop”) oraz buldożery rozjeżdżające góry płyt cd i dvd w ramach walki z piractwem w Kazachstanie (obie części „Hatred of Music”). „Ravedeath, 1972” jest triumfem inteligencji i wyobraźni, jednym z najmocniejszych punktów w dyskografii Tima Heckera i zarazem przykładem, jak pięknie można połączyć tradycję z nowoczesnością. [arpeggi]
Hatred Of Music I
The Piano Drop
7. Fleet Foxes – Helplessness Blue
Dziewczyna Robina Pecknolda, nie wytrzymując stresu, który towarzyszył muzykowi przy pracy nad albumem, opuściła go w okresie gdy powstawała nowa płyta Fleet Foxes. Zapragnęła jednak wrócić po tym, jak po raz pierwszy usłyszała „Helplessness Blues”. I w zasadzie trudno jej się dziwić, gdyż to jakże wyczekiwane i zrodzone w trudach dzieło piątki utalentowanych chłopaków z Seattle urzeka jak mało które wydawnictwo w tym całkiem bogatym przecież roku. A zadania łatwego nie mieli. Debiut z 2008 roku spotkał się z niezwykle przychylnym przyjęciem i namieszał w wielu podsumowaniach. Fleet Foxes podeszli jednak do sprawy bardzo poważnie i jako rezultat dostaliśmy album o klasę lepszy od poprzednika, okupiony wyrzeczeniami, nad którym unosi się duch twórczości Simona i Garfunkela. „Helplessness Blues” brzmi surowo, momentami wręcz ascetycznie, a do tego żaden utwór nie zdradza singlowego potencjału, charakterystycznego przecież dla większości kompozycji z debiutu. Fantastycznych momentów, motywów i melodii jest tutaj jednak całkiem sporo, tyle że konstrukcja utworów sprawia, że nie wszystko jest tak ewidentne jak na pierwszym albumie. Wybijają się wielowątkowe „The Plains/Bitter Dancer”, „The Shrine/An Argument”, czy też utwór tytułowy. No i nie można zapomnieć o przepięknie zaśpiewanym „Lorelai”. Wspominam o tym nieprzypadkowo, jako że „Helplessness Blues” nie byłoby tak dobrym wydawnictwem, gdyby nie talent wokalny Robina Pecknolda. Niezależnie od tego, czy śpiewa o tym co dla niego oznacza sukces, o wyobrażeniach względem samego siebie i względem życia, czy po prostu o burzliwej miłości, udaje mu się perfekcyjnie oddać własny nastrój. I naprawdę wierzymy, że kiedyś będzie jak ten facet z ekranu. [arpeggi]
A Shrine/An Argument
Grown Ocean
6. The Antlers - Burst Apart
Jeśli mielibyśmy wymienić jeden konkretny punkt wspólny, w którym zbiegałyby się podobieństwa najlepszych albumów minionego roku, bez wątpienia moglibyśmy wskazać na produkcyjne wygładzenie. Real Estate, Girls, Mastodon, Bon Iver, Iron And Wine czy The Antlers właśnie – bez względu na stylistyczne różnice, wszystkie wspomniane zespoły osiągnęły podobny sukces krocząc niemal identyczną drogą. Dzięki misternej i pieczołowitej obróbce studyjnej utrzymane w duchu lo-fi kompozycje The Antlers nabrały piosenkowego charakteru, a jednocześnie Peter Silberman i koledzy w dalszym ciągu utrzymali status poszukiwaczy nowych brzmień. „Burst Apart” czerpie garściami z tego, co udało się wypracować Nowojorczykom na dwóch poprzednich albumach, w żaden sposób nie przypominając przy tym wcielenia zespołu sprzed kilku lat. The Antlers obrali kierunek marzycielskiego ambient-popu podbarwionego subtelną dawką elektroniki, ilustrując jak brzmiałoby Sigur Ros z członkami Radiohead w roli muzyków sesyjnych. Trzeci krążek Amerykanów urzeka swym romantyzmem i kruchością niemal w każdym momencie, dając tego dobitny wyraz w elegijnych pejzażach „Hounds” i „Corsicany”, a także w postaci iście filmowej miniaturki „Tiptoe”, która z powodzeniem mogłaby wzbogacić ścieżkę dźwiękową „Dziecka Rosemary”. Jednak „Burst Apart” to nie kopalnia singli, a wymagająca całościowego potraktowania opowieść, w której nie ma momentów ważniejszych i tych mniej istotnych. [night]
Putting The Dog To Sleep
Every Night My Teeth Are Falling Out
5. Fredrik - Flora
Dla takiego indie-snoba jak ja nie ma większej satysfakcji niż odnalezienie jakiegoś obskurnego, ale nietuzinkowego zespołu dystrybuującego swoje nagrania za pośrednictwem Bandcamp albo Myspace. Zwłaszcza, jeżeli już pierwszy odsłuch jego płyty zdradza ogromny potencjał. Tak było z moim przypadkowym odkryciem szwedzkiej grupy Fredrik na wysokości jej drugiego albumu „Trilogi”, ale prawdę powiedziawszy nie byłem pewien tego, w jaki sposób dalej rozwinie się ta znajomość. Przede wszystkim nie spodziewałem się, że zespołowi starczy determinacji aby kontynuować działalność pomimo braku szerszego zainteresowania ze strony muzycznych krytyków i dziennikarzy. Nie spodziewałem się też, że muzycy Fredrik będą potrafili rozwinąć się w tak szybkim tempie i nagrać tak niesamowicie porywającą płytę, jaką bez wątpienia jest „Flora”. Ich muzyka najczęściej określana jest mianem folk-popu, choć ani folk, ani tym bardziej pop, nie jest estetyką dominującą w ich twórczości. Mamy tu raczej do czynienia elektro-folkiem nafaszerowanym elementami kraut-rocka i ambientu. Szwedzi nie wstydzą się ani zacięcia eksperymentalnego („The Shape And Colour Of Things Gone Blind”, „Chrome Cavities”), ani swojego upodobania do rozbudowanych, instrumentalnych pejzaży. Oswoiwszy się z tym materiałem zachodzę w głowę, dlaczego mimo jego zdecydowanie ponadprzeciętnego poziomu nie stał się dla Szwedów trampoliną do międzynarodowej kariery. Zrzućmy więc winę na nadmierne nasycenie rynku muzycznego, przez które słuchaczom coraz trudniej jest przyswoić setki pojawiających się i potencjalnie interesujących nowości, a wytwórniom wypromować muzykę, której głównym atutem jest eksperymentalizm i nowatorstwo – stylistyczne lub brzmieniowe, nawet w tak przystępnej formie jak ta zaserwowana nam przez Fredrik. Płyty „Flora” można posłuchać w całości tutaj: http://fredrik.bandcamp.com/ [emu]
The Shape And Colour Of Things Gone Blind
Chrome Cavities
4. Bon Iver - Bon Iver, Bon Iver
Któregoś dnia zapuszczę brodę. Nie będzie w tym pobudek hipsterskich, tylko wyznanie miłości przegranej. Pójdę w las i zaszyję się w nim. Zaprzyjaźnię z niedźwiedziami grizzly. Od wiewiórek wezmę spryt, ptaki nauczą mnie nucić, a lis powie o chaosie. Zbuduję w głuszy niewielką chatę. Zima w tym roku może być ciężka. Nadal będę próbował nie myśleć o przeszłości. Chociaż tatuaże na przedramionach nie dadzą się zwieść. Podwinę rękawy flaneli, w końcu każdy czasem lubi jak boli. Zetnę kolejne drzewo jak kolejny rok na karku. Tegoroczny rok należy do Bon Ivera – króla czołówek podsumowań, katalizatora dyskusji o przehajpie. Ta sentymentalna podróż do lat 80 wśród syntezatorowych pejzaży, smyczkowych i saksofonowych umilaczy, przy całym bogactwie bodźców ma w sobie tyle prawdy i szczerości, że można by nimi, bez szkody dla Bon Ivera, obdzielić kilku uczestników konkursów talentu. Smutek i nostalgia w dziesięciu dawkach, dozowane w różnych proporcjach. Możesz wspominać o truizmie, zasłonie dymnej, uderzaniu w odpowiednie struny, ale czy nie lepiej ruszyć w wędrówkę po ośnieżonych wzgórzach? [stonysleep]
Holocene
Calgary
3. Bombay Bicycle Club - The Different Kind Of Fix
Koniec zabawy się skończył. Bombay Bicycle Club zmienili rowerki i podążyli w kierunku przeciwnego horyzontu. „Indie-dance“ – pomyśleli – „to chcemy czuć, tam chcemy być.“
Nie oszukujmy się: na „Flaws“ było nudno, smętnie i folkowo. Co więcej, każdy obudzony w środku nocy gimnazjalista wyrecytuje zawsze aktualne powiedzenie o młodzieży, która „musi się wyszaleć“. Łącząc te dwa fakty oraz podbijając je radosną informacją, że dzieciaki z BBC podczas nagrywania „Fix“ (gdzieś tam w Atlancie) mogli wreszcie osobiście – a nie poprzez agenta – zakupić do studia browary, otrzymaliśmy dynamit, który po prostu musiał wybuchnąć.
Zapalnikiem, czy też jak kto woli, zapalną iskierką został Ben Allen, podmiot odpowiedziany za wygibasy strukturalne Animal Collective, Washed Out czy Deerhuntera, który znalazł równowagę pomiędzy kreacyjnymi odjazdami, a brytyjską, tradycyjną szkołą pisania piosenek. Ten muzyczny eksperymentator, wespół z Jackiem Steadmanem (vox.), podłubał w nutkach odwołujących się do Talking Heads, Happy Mondays czy New Order (trop dalszy), oraz w tych oddających ducha Interpolu, Radiohead czy ekhm Travis (trop bliższy). Dłubanie polegało na dodaniu warstwy niepokoju “tutaj”, warstwy lirycznej niepoprawności “tam”, oraz odrobiny brudnego zgiełku znanego mieszkańcom miast ponadpowiatowych “tu i ówdzie”. W efekcie – uwaga, będzie wyświecht – “Fix”, świadomie jak mniemam, został wyposażony w zdolność wielokrotnego odsłuchiwania oraz multum szczegółów, nie do wmig ogarnięcia. Każdy lekko nie ma.
Do historii przejdą opowieści Steadmana o kompilowaniu albumu w oparciu o utwory napisane w wieku 16 lat na potrzeby szuflady/składu hip-hopowego/sympatii oraz te o procesie hartowania się kompozycji podczas koncertów, zawarte w maksymie „ja przynoszę piosenki, zadaniem reszty jest rozkminienie jak to zagrać“. A że w zespole ułomków nie znajdziemy, to misja została zakończona, a zadanie wykonane. No bo popatrzmy. Dla przykładu taki Suren de Saram – kolo, który obok pykania na perce w BBC, uprawia wszelkie możliwe sporty związane z klasycznym podejściem do instrumentów perkusyjnych i raz na jakiś czas daje porywające występy dla wypindżonych pań w pięknych toaletach i panach w smokingach w europejskich – jak na razie – filharmoniach. I przykład numer dwa: panna Lucy Rose, coraz odważniej poczynająca sobie w chórkach, a od czasu do czasu otrzymująca – jak na przykład w „Lights Out, Words Gone“ – całkiem spore poletko do zagospodarowania. Nota bene solowy album Rose w drodze.
BBC, zapewne z powodu luzackiej nazwy i przysłowiowego mleka pod nosem, często bywają obierani z przymrużeniem oka. Złośliwi doszukują się w ich muzyce inspiracji modnym niegdyś na każdym bazarze nurtem Italo House. Takim złośliwcom mówimy gromkie „nie“ i czekamy na kolejne enuncjacje przepastnej duszy Jacka. A czekać – jak nas przyzwyczaili – zapewne długo nie będziemy. [held]
Shuffle
Lights Out Words Gone
2. The Field - Looping State Of Mind
Pewnie znaleźli się malkontenci, którzy trzeci album The Field skwitowali ziewnięciem lub krótkim „to już było”, bo nie da się ukryć, że brzmieniowo na „Looping State Of Mind” Axel Willner Ameryki nie odkrywa. Znowu mamy zestaw podobnych dźwięków, repetycje, dużo rytmicznej transowości i nieskończone pokłady ambientowego „klimatu”. A jednak udało się Szwedowi to, co wobec powyższego wydawałoby się niemożliwe – nagrał płytę inną niż dwie poprzednie. „Looping...” nie jest ani tak hermetyczna brzmieniowo jak „From Here We Go Sublime”, ani tak organiczna jak „Yesterday and Today”, można powiedzieć, że skandynawski Bóg minimal-techno znalazł złoty środek i stworzył wypadkową swoich dwóch poprzednich dokonań, ale i to nie oddaje istoty wydawnictwa. „Looping State Of Mind” jest płytą zorientowaną na duże formy, wszystkiego jest tu więcej. Wydaje się, że dopiero na swojej trzeciej płycie Axel uwierzył w pełni we własne możliwości kompozytorskie i wreszcie nie boi się tworzyć bardziej wyrafinowanych kompozycji. Już otwierający całość „Is This Power” pomimo brzmieniowego deja vu podąża w kierunku dla Willnera zupełnie nowym, jest bardziej mrocznie i progresywnie, a kompozycja nie zatrzymuje się w miejscu, w którym zatrzymałoby się The Field AD 2007. Willner zaskakuje dodając co chwilę nowe elementy do tej układanki, i takie zaskoczenia czekają nas we wszystkich siedmiu utworach. Najbardziej reprezentatywną dla płyty, i chyba najlepszą kompozycją w karierze szwedzkiego artysty jest utwór tytułowy. „Looping State Of Mind” to ponad dziesięć minut esencjonalnego The Field, wszystko tu płynie, i mogłoby tak płynąć bez końca. Swoją trzecią płytę The Field wydał znowu z zaskoczenia, i paradoksalnie pomimo wyżej wspomnianych wyraźnych nawiązań do swoich poprzednich dokonań, udało mu się wyjść poza schemat tworząc nowy dla siebie początek. [jagi]
Is This Power
Looping State Of Mind
1. Future Islands – On The Water
Na początku był "Little Dreamer", który przenosił mnie o kilka dekad wstecz, ocierając się gdzieś o wrażliwość samego Louisa Armstronga. Potem zegar wybił 2010 i nadszedł kolejny kopniak w postaci "In Evening Air". Kto nigdy o zachodzie słońca nie upijał się winem przy dźwiękach "Tin Man" albo "Long Flight" ten może czuć się przyłapany na gorącym uczynku i jak skarcony uczeń odesłany na dodatkowe lekcje, aby nadrobić zaległości. Poprzedni album to muzyczne niedbalstwo, kiczowe klawisze i tła, wokalista którego nie da się pomylić z nikim innym. Za to ich właśnie zacząłem uwielbiać. Teraz powracają i notują się z numerem jeden na mojej prywatnej liście najlepszych tegorocznych albumów. Popieprzony i zarazem nieprzeciętny band. "On The Water" to kierunek w stronę dyskoteki, miłosnych historii, festyniarski pląs przecinany automatem perkusyjnym. Tu wcale nie chodzi o muzyczną perfekcję, a bardziej o to, że oni mogą zagrać coś co powinno zadziałać na mnie jak płachta na byka - każdy ckliwy dźwięk, a ja to połykam w całości i czuję jakbym się kręcił na kolorowej karuzeli, znów miał o tych parę lat mniej. Muzyczna niedoskonałość, uzależniające pieśni, które na szczyty wynosi dla mnie wokalista, nadający tej muzyce jakiejś surowizny i prawdy. Te jego wszystkie miłosne opowieści, w które wierzę, bo smakują mi jak usta kobiety. Tu wszystko ocieka zagubieniem, nadziejami, porażkami, seksem i zapachem zmęczonych ciał nad ranem. Love and die. [kadaf]
Before The Bridge
Give Us The Wind
Balance









Miły pan z wytwórni Polyvinyl przesłał mi płytkę, więc niejako z obowiązku wypada skrobnąć kilka słów o tych elektropopowcach z Portland. Nazwa zespołu jest w tym momencie właściwie mocno umowna gdyż na przestrzeni ostanich lat Joshua Hodges nazywał swoje projekty “od sasa do lasa”, poczynając od skromnego Pyramid, poprzez pojechane Pyramiddd, następnie Starfucker, a gdy brzydkie słowa mierziły zbyt wielu, zgodził się na pisane kapitalikami STRFKR. Ładnie.
Po wakacyjnej przerwie rusza nowy sezon koncertowy. Najbliższy miesiąc zapowiada się bardzo interesująco, między innymi za sprawą działalności naszych przyjaciół w Front Row Heroes.


Gdyby nie kilka zbiegów okoliczności, nigdy nie dotarłbym na ten koncert i tym samym moje życie dziś wyglądałoby zupełnie inaczej. Albo dokładnie tak samo. Ciężko powiedzieć, bo sam koncert nie wywarł na mnie większego wpływu. Poza tym, że skłonił mnie do kilku refleksji, o których poniżej. Ale po kolei.






















